Euroweek

.

Dzień 1 – Euroweek, misja: „wyruszyć o 5:30 i przeżyć” Wyjazd rozpoczął się o godzinie, kiedy normalni ludzie jeszcze negocjują ze snem o „5 minut więcej”. My natomiast już w drodze. Pierwszy przystanek, to zamek Książ w Wałbrzychu. Miejsce tak imponujące, że przez chwilę zastanawialiśmy się, czy przypadkiem nie pomyliliśmy wycieczki z filmem fantasy. Podziemia dodały klimatu – trochę tajemniczo, ale emocje jak przy losowaniu totolotka, kto z nas odnajdzie „złoty pociąg”.. Potem ogrody i tarasy, gdzie nagle wszyscy cudownie odzyskali siły. Podejrzane, ale prawdziwe – magia widoków działa lepiej niż plenery znane z filmu „Władca pierścieni”. Następnie dotarliśmy do Willi Wiktoria w Różance. Kolacja była tak dobra, że przez chwilę rozważaliśmy, czy nie zostać tam na stałe w charakterze testerów dań. Na koniec powitanie przez wolontariuszy Euroweek – pełnych energii tak bardzo, że część grupy zaczęła podejrzewać, że to jakaś ukryta umiejętność, której jeszcze nie mamy w pakiecie. Podsumowanie dnia: mało snu, dużo wrażeń i oficjalne wejście w tryb „przygoda rozpoczęta”.

Dzień 2 rozpoczął się dość wcześnie – pobudka o 7:45. Dla niektórych była to pora niemal nocna, ale dzielnie stawiliśmy czoła wyzwaniu. Po śniadaniu wjechał „Energizer”, czyli zajęcia na rozpoczęcie dnia, który obudził nawet tych, którzy jeszcze chwilę wcześniej funkcjonowali w trybie „uśpienia”. Energia wróciła, nogi zaczęły się ruszać, a uśmiechy pojawiły się na twarzach. Następnie przeszliśmy do zajęć integracyjnych – było dużo śmiechu, trochę zamieszania i całkiem sporo prób zapamiętania imion. Kolejną atrakcją była prezentacja o Maroku przygotowana przez wolontariusza z tego kraju. Dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy o życiu, kulturze i kuchni tego kraju, a niektórzy zaczęli już planować kulinarną podróż życia, albo przynajmniej obiad inspirowany Marokiem. Następnym punktem była wizyta w lokalnym sklepiku. Okazała się ona nie tylko udanym rekonesansem zakupowym, ale też małym testem naszych manier. Przesympatyczna sprzedawczyni była pod tak dużym wrażeniem naszej kultury i grzeczności, że aż nas pochwaliła, co sprawiło, że przez chwilę poczuliśmy się jak delegacja wzorowych uczniów. Kto wie – może gdyby były medale za uprzejmość, wrócilibyśmy z całym kompletem? Po pysznym obiedzie wróciliśmy do zajęć, zbierając siły na wielki finał dnia. A tym finałem było „Night show”. Uczniowie wcielili się w prawdziwych aktorów i zaprezentowali scenki w języku angielskim. Było kreatywnie, było zabawnie, momentami absurdalnie – czyli dokładnie tak, jak powinno być. Podsumowując, dzień pełen energii, śmiechu i niezapomnianych momentów.